Na szczęście dziś Air Jamaica lata, więc mamy szansę na dotarcie na Kubę. Szczerze mówiąc trochę się boję – Kuba dla nas to coś w rodzaju „déjà vu”. Wracamy do systemu, który może wywołać bolesne wspomnienia. Na lotnisku w Hawanie nie widać większych spustoszeń – cyklon jakby tu wcale nie przeszedł.
Nie wiedzieć czemu boję się urzędnika imigracyjnego, który uważnie mi się przygląda i coś tam sobie notuje. Po dłuższej chwili pozwala mi przejść przez drzwi. Na karuzeli powolutku przesuwają się bagaże. Kątem oka widzę jakąś Amerykankę, która wręcza Kubańczykowi dolara za to, że podał jej walizkę z karuzeli. Chłopak jakby się zawahał, w końcu przyjmuje napiwek. Następnym razem pewnie sam się po niego upomni. Kiedy już chcemy wyjść, dopada nas jakiś tajniak i zaczyna przepytywać. Czy byliście już kiedyś na Kubie? Czy macie jakichś przyjaciół Kubańczyków? Itd. Na wszystkie jego pytania odpowiadamy zdecydowanym „No” i wreszcie opuszczamy lotnisko.

© 2026 Włodzimierz Serwiński. Wszelkie prawa zastrzeżone.
Na zewnątrz czeka już na nas chmara taksówkarzy, którzy za jedyne 15 dolarów zgadzają się zawieźć nas do miasta. Pytamy się, czy możemy z kimś dzielić taksówkę. I tak spotykamy chłopaka z Aruby, który informuje nas szeptem scenicznym, że choć pewnie trudno nam to sobie wyobrazić, to tu ludzie zarabiają po 15 dolarów miesięcznie. Odpowiadamy mu ze stoickim spokojem, że akurat my to nie musimy sobie tego wyobrażać, bo świetnie to znamy z naszego własnego kraju. Chyba jednak ta informacja do niego nie dociera.
Chcemy dotrzeć do domu, gdzie zarezerwowaliśmy pokój, ale dzisiaj nikt tam na nas nie czeka. Taksówkarz znajduje nam więc inną „casa particular”. To stary dom z mnóstwem kwiatów, pięknymi antycznymi meblami i wykładany marmurami. Tyle że nie ma ciepłej wody – to rezultat cyklonu. Nadal jeszcze nie ma gazu, a prąd wyłączany jest po 20:00. Po wypiciu herbaty idziemy bulwarem do Starej Hawany.
Morze wali wściekłe o bulwar, gdzieniegdzie widać resztki latarni i porozbijane chodniki. Wiele starych domów i pomników jest ostemplowanych. Stara Hawana zatrzymała się w czasie. A może raczej nie zrobiono w niej prawie nic od czasu przejęcia władzy przez rewolucję. Piękne stare budynki trzymają się tylko na słowo honoru. Po ulicach oprócz małych fiatów przemykają stare fordy, mercedesy i chevrolety. Przeurocze placyki, a przy nich kawiarenki dla turystów z dewizami. Z wielu z nich dochodzą dźwięki salsy. Kubańczycy stoją przed nimi i zainteresowani zaglądają do środka. Im nie wolno tam wejść, nam tak – nikt nas się nawet nie pyta, czy mamy pieniądze.

© 2026 Włodzimierz Serwiński. Wszelkie prawa zastrzeżone.
Na którymś z placyków zaczepia nas jakiś Kubańczyk. Po tak długiej podróży i jego pierwszym pytaniu wiemy, że to naciągacz, tyle tylko że nie wiemy, na co nas chciałby naciągnąć. Decydujemy się na sprawdzenie. Wszystko przebiega według dobrze nam znanego scenariusza. „Aaaaa, z Polski jesteście. My tu mamy takie świetne polskie samochody, małe fiaty, super, no i oczywiście Warszawa, tak, tak, my tu dużo o Polsce wiemy, a słyszeliście o Buena Vista Social Club? Mogę was zabrać do tej knajpy, w której kręcili film. (W ogóle nie zwraca uwagi na nasze nieśmiałe protesty) A piliście już słynny drink, który pijał Hemingway? Nie? To zapraszam.
To moja siostra właśnie dzisiaj ma urodziny (tu następuje złożenie życzeń)”. Coraz wyraźniej mówimy, że nie, że mamy inne plany, ale on naciska, że tylko na chwileczkę i że siostrze byłoby tak miło, gdybyśmy chcieli z nią świętować. Dobra – idziemy do „słynnej” knajpy, która już od progu wygląda podejrzanie. On z marszu woła do kelnera: „4 drinki, proszę”. Następnie wyciąga peso i zaczyna opowieść, że tu w Hawanie no to tylko dolary, ale jak pojedziemy do innych miast, wtedy będzie nam potrzebna miejscowa waluta, no i taniej będzie. On nam wymieni po bardzo korzystnym kursie. Grzecznie, aczkolwiek stanowczo odmawiamy. On jednak ciągle nalega – jest namolny. W końcu widzi, że na nic jego wysiłki. Zmienia więc temat i opowiada o swojej siostrze (nawet do niego nie jest podobna w kolorycie skóry, ale kto by tam zwracał uwagę na takie szczegóły).
Nagle jakoś podświadomie czujemy, że będzie chciał, żebyśmy to my postawili im drinki. Spoglądamy na siebie i Włodek zadaje mu pytanio-stwierdzenie: „To miło z twojej strony, że zaprosiłeś nas na drinka i że tak nas gościsz”. – „Ja was zaprosiłem?” – zdziwił się nasz przyjaciel – „Przecież to wy mnie zaprosiliście, żeby świętować urodziny mojej siostry”. No cóż, prawdopodobnie przeciętny człowiek (Amerykanin na 100%) machnąłby ręką i zapłacił te 16 dolarów, ale my niestety nie. Z kamiennym wyrazem na twarzy mówimy: „Ach, to zaszła wielka pomyłka” – i wychodzimy z knajpy.
