Sancti Spíritus – Trinidad (8 listopada 2001)

Rano jeszcze raz przechadzamy się po mieścinie. Włodek pstryka zdjęcia, a ja zaglądam przez okna do domów. Nasza gospodyni daje na 4 peso, żebyśmy mogli dojechać na terminal autobusowy „tramwajem” konnym. A na terminalu stara zabawa. Jeszcze nie zdążyliśmy wejść do budynku, kiedy dopada nas dwóch czy trzech facetów i głośno pokrzykują, że dziś nie ma żadnego autobusu i mogą nas zawieźć gdzie tylko chcemy taksówką. Próbujemy dotrzeć do kasy, gdzie przestraszona panienka mówi, że tak, ci panowie to tu pracują i mają rację. „Jak to” – dziwimy się – „przecież jest rozkład jazdy wywieszony razem z cennikiem”. „No tak” – odpowiada nam któryś z mężczyzn – „ale autobusy są tu nie najlepsze, często się psują, no i w ogóle zdecydowanie lepiej jest jechać taksówką”.

Zrzucamy plecaki i spokojnie ich informujemy, że taksówka jest dla nas za droga i jednak poczekamy na jakiś autobus. Po chwili informują nas, że nie będzie autobusu, tylko ciężarówka, która jest bardzo, ale to bardzo niewygodna. „O… Nam to wcale nie przeszkadza” – mówimy z uśmiechem – „poczekamy i pojedziemy”. Po jakichś 5 minutach otrzymujemy wiadomość, że autobus jednak będzie, tylko że za 4, a nie za 2 dolary. „Trochę drogo” – krzywimy się – „chyba jednak pojedziemy ciężarówką”. „No a za 3 pojedziecie?” – „Za 3 tak”. Sprzedają nam stare i wyświechtane bilety. Wybuchamy śmiechem i kręcimy z rozbawieniem głowami. Bilety wyrywają nam z rąk już przy wejściu do autobusu. Trinidad jest prześliczny – spokojny, kolorowy, z prześlicznym starym miastem z brukowanymi uliczkami i casa de música. Włodek biega z aparatem jak szalony.