Montego Bay – Miami (25 listopada 2001)

Rano zarzucamy plecaki i wędrujemy na lotnisko. Od Miami dzieli nas jedynie 2 godziny, ale… No właśnie – „moje ulubione” amerykańskie linie lotnicze jak zwykle mają opóźnienie. Drobiazg – startujemy z ponad godzinnym opóźnieniem. W Miami pędzimy do biura SwissAir, gdzie mamy zakupić zarezerwowane bilety do Polski. Niestety otwierają dopiero o 12:30. Postanawiamy więc najpierw wynająć samochód, który zarezerwowaliśmy sobie będąc w Miami poprzednim razem. Tym razem nasz ekonomiczny samochód to Jeep Wrangler. No i z powrotem na lotnisko do SwissAir. Panienka wyraźnie nie ma ochoty sprzedać mi biletów. „Tak, tak, wszystko jest w porządku” – twierdzi – „może by tak pani kupiła te bilety jutro przed wylotem?” O nie – nie po to tyle czekaliśmy, żebym miała to kupno tak sobie odpuścić. Upieram się, że ja chcę jednak dzisiaj. Cóż – okazuje się, że ona nie za bardzo wiedziała, jak się bilety sprzedaje, a nasze nazwiska wytrąciły ją z równowagi, nie wspominając o imieniu Włodzimierz, którego mimo wielu rozpaczliwych prób nie była w stanie poprawnie napisać. Sprzedaż biletów zabrała jej ponad godzinę. Znajomą już nam drogą dojeżdżamy do państwa Smerek, gdzie czeka na nas posiłek i jedziemy obejrzeć Miami. Pan Leszek poleca nam starą drogę wzdłuż oceanu, którą dojeżdżamy do Key Biscayne, a później do Miami Beach. Wieczorem pyszny obiad przygotowany przez panią Hanię.