To w zasadzie już koniec naszej podróży, ale nie zamierzamy marnować ani sekundy. Mamy jeszcze wielką ochotę na park narodowy Everglades. Czasu nie mamy wiele, ale lot jest dopiero o 17:00. Co prawda teraz trzeba być przed odlotem jakieś trzy godziny wcześniej, no i jeszcze musimy oddać samochód, ale wydaje się, że jak wyruszymy o 7:30 rano, to powinniśmy zdążyć.
I znowu zupełnie inny park narodowy. Tym razem to bagniska porośnięte krzakami i trzcinami oraz niskie lasy cyprysowe. W pewnej chwili przebiega nam przez drogę pantera – jest tak szybka, że nie mamy czasu nawet wyciągnąć aparatów. Jak zwykle zwiedzamy centrum dla odwiedzających, gdzie dostajemy mapkę parku, i jedziemy oglądać przeróżne ptaszyska, aligatory, no i może nawet krokodyle. To podobno jedyne miejsce na świecie, gdzie krokodyle i aligatory mieszkają razem. Niestety krokodyle są bardzo rzadkie i nie udaje nam się zobaczyć nawet końcówki ich ogona. Robimy sobie mały piknik nad brzegiem jeziora i staramy się nie myśleć o tym, że godzina powrotu zbliża się nieubłaganie. Spoglądamy na zegarki – musimy pędzić. Przed wyjazdem z parku widzimy wygrzewającego się aligatora wzdłuż drogi – zupełnie tak, jakby wyszedł powiedzieć nam „do widzenia”.
Samochód oddajemy na czas i idziemy się odprawić. Nawet nie ma dużej kolejki – jak miło. Po oddaniu naszych bagaży coś tam sobie przekąszamy i powolutku kierujemy się w stronę naszej bramki. A tu niespodzianka – kolejka wije się przez całe lotnisko. Teraz sprawdzają już wszystkich, a nie tylko „losowo” przez komputer wybranych obcokrajowców. Po około 2 godzinach stania w kolejce sprawdzają i nas, ale nie wzbudzamy ich zainteresowania. Trudno w to uwierzyć, ale już lecimy.
