Sunauli – Varanasi (30 października 2000)

W Sunauli zgłaszamy się do hotelu po nasze bilety na odcinek od granicy do Varanasi. W praktyce sprowadza się to do wyrwania ze snu biednego chłopaczka, który niewiele rozumie po angielsku. Na szczęście rozumie słowo „tickets”. Z biletami wędrujemy przez granicę. Jedna kontrola, druga kontrola i już jesteśmy w Indiach. Nie zdążyliśmy się nawet zastanowić, jak znaleźć nasz autobus, kiedy już w nim siedzimy. I tu niespodzianka. W jednym rzędzie nie ma układu 2 + 2 miejsca, tylko 2 + 3. Ruszamy. Potwornie nam ciasno na naszym siedzeniu. Ja, nastraszona opowieściami o okropnych Indiach, zastanawiam się, jak my to wszystko wytrzymamy. Kiedy autobus zatrzymuje się na przystanku, tłum rikszarzy rusza z wrzaskiem w naszym kierunku. Rzucają się na tych kilku wykończonych turystów jak sępy. Włodek ze stoickim spokojem znosi ich nagabywania. Opędza się od nich i w rezultacie wybieramy ten hotel, który chcemy, to znaczy Buddha Hotel. W czasie posiłku sympatyczny właściciel pyta, czy nie chcielibyśmy się wybrać jutro o świcie na wycieczkę łódką. Decydujemy, że tak. Zatem pobudka o 5:15.