Varanasi (31 października 2000)

O Varanasi udało mi się przeczytać kilka artykułów – od niezwykle zjadliwych i złośliwych po te, które wysławiały miasto pod niebiosa. Teraz nadeszła pora, by samemu zweryfikować te poglądy.

Płyniemy łódką. Rozglądamy się dookoła. Wstaje świt. Złocista kula słońca wznosi się nad lewym brzegiem rzeki. Unoszą się poranne mgły. Tłum ludzi na brzegu. Brudne wody Gangesu toczą się leniwie, ludzie kąpią się, piją wodę i piorą ubrania. W dwóch ghatach kremacyjnych przygotowywane są stosy pogrzebowe.

Wychodzimy z łódki i udajemy się na zwiedzanie muzułmańskiej części miasta. W praktyce sprowadza się to do odwiedzenia warsztatu tkackiego i oczywiście sklepu z jedwabiem. Nie kupujemy nic. Zresztą właściciel sklepu nie jest nami zbytnio zainteresowany. Nigdy nie słyszał o Polsce i nie wie, czy mamy pieniądze.

Po południu idziemy kupić bilety. Ciekawe przeżycie. Żeby kupić bilet, potrzebny jest paszport, by udowodnić, że jest się turystą – ciekawe, kim innym moglibyśmy być. Musimy wypełnić formularz, podać nasz wiek, płeć, pochodzenie, nazwiska i imiona.

Potem jeszcze raz ruszamy na miasto. Tym razem, żeby popatrzeć i zadumać się. Niestety nie jest to takie proste. Smród – odchody ludzi i zwierząt. Śmierć – traktowana tak spokojnie i beznamiętnie. Za każdą szczapą drewna kryją się pieniądze, a potworni nagabywacze i naciągacze utrudniają nam chwilę skupienia. A jednak, kiedy rozglądam się dookoła, widzę to wieczne miasto i rzekę, ludzi, którzy od wieków pielgrzymują, by umrzeć nad jej brzegiem. Coś mnie w tym mieście urzeka.