Varanasi

Dzień Wszystkich Świętych, a jutro Zaduszki. Varanasi wydaje się niezwykle odpowiednim miejscem na ten dzień. Wybieramy się na spacer od głównej ghat w dół rzeki. Jest niezwykle pusto. Brzeg Gangesu ma to do siebie, że pulsuje własnym życiem, którego nie do końca jeszcze rozumiemy, mimo że tyle na ten temat przeczytaliśmy. Przyglądamy się rzece. Płynie beznamiętnie, śmierć na jej brzegu, a kropelka wody na języku gwarantuje pójście prosto do nieba. W środkowym nurcie zauważamy rzecznego bawoła. Utonął w rzece. Spotkany przez nas Francuz widział zwłoki człowieka. Może utopił się, a może to jeden z tych, których nie poddaje się kremacji. Docieramy do Asi Ghat.

Krótki posiłek w żydowskiej restauracji (pyszny, chociaż do końca nie wiemy, co jedliśmy) i ruszamy na poszukiwanie Monkey Temple. Włodek nie wierzy, że to ona miały być małpy, a tymczasem ani widu, ani słychu. A mieliśmy na nie uważać, bo podobno bestie sprytne i kradną jak najęte. Jednak wszyscy, łącznie ze strażnikiem świątyni, zapierają się, że to jest ta świątynia. Nie pozostaje nam nic innego, tylko im wierzyć.