Rano, zgodnie ze wskazówkami napotkanego Francuza, wybieramy się do Sarnath, miejsca, w którym Budda wygłosił swoje pierwsze kazanie. Naszą autorikszę dzielimy z Kanadyjczykiem i Argentynką.
Miejsce urocze, stworzone do medytacji – aż wstyd się przyznać, że ja nie zachwycam się wspaniałą Kolumną Aśoki i świątyniami, tylko wpatruję się w aligatory w stawie i pędzę za pierwszym widzianym tu przeze mnie słoniem.
Czas największego upału spędzamy w hotelowym zaciszu, a po południu jeszcze jedna wyprawa nad brzeg Gangesu. Tym razem od Raj Ghat do Main Ghat. Co kilka metrów dopada nas zgraja dzieciaków. Krzyczą: „Hello! 10 rupees, Hello! a pen”. Trudno się od nich opędzić.

© 2026 Włodzimierz Serwiński. Wszelkie prawa zastrzeżone.
Jest jakieś święto. Kolorowe sari kobiet mieni się w słońcu. Dostojnie krocząc, niosą na głowach tace z kwiatami i owocami. To wszystko w nurty świętej rzeki. A my już wracamy do hotelu. Według przewodnika stare miasto nie jest najbezpieczniejsze po zmierzchu, a zresztą musimy się przygotować do podróży. O 23:30 mamy nasz pociąg.

© 2026 Włodzimierz Serwiński. Wszelkie prawa zastrzeżone.
