Varanasi – Satna – Khajuraho (3 listopada 2000)

Stacja w Varanasi zawalona jest ludźmi. Koczują na podłodze, załatwiają się na torach. My zjawiamy się na peronie 40 minut wcześniej – tak sugerował pan sprzedający nam bilety. Okazuje się to zupełnie niepotrzebne. Jedziemy drugą klasą, tzw. sleeperem. Wrażenie niesamowite: nie ma przedziałów, tylko same prycze. Wszystko jest jakieś szarobure i brudne. Mimo tego śpię jak nigdy w żadnym innym pociągu. Rano wszyscy Hindusi pędzą myć zęby, my niestety nie. Na moją zwolnioną pryczę zwalił się jakiś żołnierz. Mnie to nie denerwuje, za to doprowadza do szewskiej pasji jakiegoś Hindusa. Nasz ekspres pędzi jak burza i tylko z godzinnym opóźnieniem dociera do Satny. W Satnie szybka przeprawa na dworzec autobusowy i już jesteśmy w autobusie. Jedziemy. My jednak mamy całkiem niezłe drogi w Polsce. Te tutaj to są dopiero drogi!!! Ale widoki za oknem takie, że dech zapiera. Takie miałam wyobrażenie o dzikich polach jako małe dziecko. Potem jedziemy przez niewielkie pagórki pokryte drzewami, które dla mnie zawsze były symbolem Indii. To właśnie liść z takiego drzewa z namalowanym miniaturowym obrazkiem zobaczyłam jako sześcioletnie dziecko. W dali widzimy wieże świątyń Khajuraho.