Khajuraho (4 listopada 2000)

Po zapewnieniu sobie transportu do Delhi możemy poświęcić cały dzień na zwiedzanie świątyń. Jest ich kilka. Te najbardziej znane to Lakshmana i Kandariya Mahadev. Pokryte niezliczonymi ilościami płaskorzeźb ukazują nam rozkwit epoki dynastii Chandela. Zbudowane, jak to przewodniki określają, na odludziu, oparły się na szczęście najazdom Mogołów. Sceny na świątyniach przedstawiają życie codzienne, polowania, tańce, harce – no i oczywiście obrazki erotyczne.

Przezabawnie wygląda tłum turystów zgromadzony w jednym miejscu, trzymających wielkie aparaty fotograficzne wycelowane w miniaturowe scenki. Ale trzeba przyznać, że rzeźby są świetne. Wygięte tancerki w przeróżnych pozach wdzięczą się do nas z tysiącletnich ścian. Włodek tylko wzdycha i pyta, gdzie te kobiety są teraz. No cóż, rzeczywiście jakby ta rasa zmalała i trochę zmieniła proporcje. Uliczny sprzedawca mówi nam, że jego dziadek to był dopiero duży mężczyzna. A może po prostu te przepiękne tancerki istniały tylko w wyobraźni artysty. Kto wie.

Po południu spacerkiem przemieszczamy się do świątyń wschodnich. Nagle mam wrażenie, że jestem w Indiach Kiplinga. Świątynie jakby żywcem wyjęte z „Księgi dżungli” znajdują się w parku trochę bardziej już dzikim. Zachodzi słońce. Cisza. Nikt nam się nie plącze pod nogami. Jak miło.

Wieczorem idziemy na spacer. Wchodzimy do jakiejś restauracyjki i słyszymy polski język. To wycieczka z Polski – przesympatyczni ludzie z Warszawy. Spędzamy z nimi wieczór przy świecach (w mieście wyłączono prąd). I zanim się orientujemy, jest już prawie 22:00.