Khajuraho – Jhansi (5 listopada 2000)

Dzisiaj laba (do 15:00), bo potem podróż do Delhi. Robimy notatki, czytamy, uczymy się hiszpańskiego (już jesteśmy na lekcji trzeciej). Droga z Khajuraho do Jhansi jest zupełnie niesamowita. Teraz już jestem pewna, że drogi w Polsce są doskonałe. W większej części jest to zwyczajna droga szutrowa. Przejeżdżamy przez zabite dechami wioseczki, które nas urzekają. Ludzie uśmiechają się i machają do nas z daleka. Spotykamy pasterzy z kozami, krowami, a nad tym wszystkim unosi się czerwona kula słońca. Jesteśmy w Jhansi. Bolą nas siedzenia, więc się cieszymy, że teraz będzie można poleżeć. Stacja olbrzymia. Ludzie patrzą na nas, jakby po raz pierwszy widzieli białych. Mam wrażenie, że za chwilę podejdą, żeby mnie dotknąć. Trudno się trochę zorientować, z którego peronu odjedzie nasz pociąg, ale w końcu stawiamy na peron 9. Słuszna decyzja. Na wagonie istnieją nawet nasze nazwiska. Napisane bezbłędnie. Niesamowite.