Pushkar – Jodhpur (11 listopada 2000)

Pobudka 5 rano. Szybkie pakowanie i pędem na przystanek. Jest 5:30 rano, a już trudno nam się przedrzeć przez ulice. Co gorsza, cały czas napływają nowe tłumy. Przystanek, do którego chcemy dotrzeć, został przeniesiony poza miasto. Jakiś litościwy Hindus – bez pobierania jakiejkolwiek opłaty (to chyba jakiś cud) – podrzuca nas w jego okolice. Wbijamy się do autobusu. Ten jest pełen po sam dach i jeszcze wyżej. Jednak konduktorowi udaje się zebrać opłatę od wszystkich pasażerów. Nie mogę wyjść z podziwu, jak oni to robią.

Wreszcie Ajmer. Dzień dobroci dla nas trwa. Kiedy wędrujemy w stronę stacji autobusowej, zatrzymuje się koło nas auto-riksza i kierowca proponuje nam sam z siebie podwiezienie za 5 rupii. Oczywiście korzystamy z okazji. Mamy autobus za 15 minut – jak na tutejsze warunki autobus jest luksusowy: tylko cztery miejsca w rzędzie i to w dodatku są fotele lotnicze.

Do Jodhpur docieramy koło południa. Jesteśmy jedynymi białymi opuszczającymi autobus. Gromada rikszarzy rzuca się na nas. My nie reagujemy. Jeden woła: „Na stację kolejową 20 rupii”. Z naszej strony zero reakcji. Inny przekrzykuje go: „15 rupii”. Jeszcze inny krzyczy: „10”. Jakiś zdesperowany mały człowieczek woła: „5 rupii” i wreszcie czyjś głos: „2 rupie”. Oczywiście bierzemy tego za dwie rupie.

Na stacji kolejowej zostawiamy plecaki i ruszamy w miasto. Chcemy odwiedzić fort, który dumnie wznosi się na skale ponad miastem. Fort jest obłędny. Wreszcie pierwsze muzeum, które warte jest obejrzenia. W zakamarkach fortu słychać grających muzyków na fletach i innych nieznanych nam tradycyjnych instrumentach. Tę miłą atmosferę psuje jedynie fakt, że Włodek ma jakieś problemy z żołądkiem. Z fortu wracamy przez stare miasto, nie godząc się na szantaż rikszarzy, którzy domagają się zdzierczych 50 rupii za tę przejażdżkę. Nasz upór zostaje nagrodzony. Na starym mieście spotykamy znajomych Polaków z Delhi – Adama i Krzyska – i z nimi radośnie trwonimy czas do odejścia pociągu.