Śpimy długo, bo przed nami noc w autobusie (16 godzin). Włóczymy się po mieście, żeby jeszcze trochę pooddychać jego atmosferą. I o 15:30 docieramy na przystanek autobusowy.
Autobus ma być delux. Delux to może i on był z jakichś 30 lat temu, ale co robić. Już na wstępie czuć jakieś przekręty. Nie rozumiem hindi, ale chwytam, że coś mówią o cenie biletu i ustalają ją na 375 rupii. Całe szczęście, że oni mają tu taki dziwny zwyczaj wplatania angielskiego do swoich wypowiedzi. My zapłaciliśmy tylko 310 rupii. Jednak kiedy do mnie podchodzą i pytają się, ile zapłaciliśmy, z kamienną twarzą mówię 375. W związku z tym my nie dopłacamy do biletu tak jak inni, uczciwsi ode mnie, po wielkiej awanturze.
Autobus jest rzeczywiście „szemrany”. Mieliśmy przyjechać do centrum Bombaju, a oni wyrzucają nas na jakichś przedmieściach i mówią: „O, tam jest stacja kolejowa. Jakoś sobie dojedziecie”. Jakoś sobie dojechaliśmy, przy okazji rozpracowując szybką kolej podmiejską w Bombaju.
