Podróż do Aurangabadu jest dla nas miłą niespodzianką. Włodek wytargował bilety autobusowe po tak niskiej cenie, że podejrzewamy, iż nasz autobus pewnie w ogóle tam nie dojedzie. Ze smutkiem obserwujemy piękne i luksusowe autobusy znikające w oddali. Nasz autobus nawet nie jest luksusowy. Naszego autobusu po prostu nie ma. Czekamy ponad godzinę, zastanawiając się: przyjedzie czy nie. Wreszcie przyjeżdża. Nie wierzymy własnym oczom. Czyściutki, fotele lotnicze, mnóstwo miejsca na nogi, podpórki na nogi, firanki, wideo – nie do wiary.
Podróż miła, ale diabeł nie śpi. Dojeżdżamy do Aurangabadu, łapiemy rikszę na dworzec, żeby tam zostawić plecaki, i nagle zimny dreszcz przebiega nam po plecach. Uprzejmy rikszarz informuje nas, że dzisiaj, to znaczy w poniedziałek, wszystko jest zamknięte. Oczywiście nie wierzymy mu. To zasada numer jeden tutaj: nigdy nie wierz rikszarzowi. Ale miny nam rzedną, gdy słyszymy tę samą informację w informacji turystycznej. Co robić? Bilety mamy już kupione na jutro z Bombaju na Goa. Dostać je było cholernie trudno. Z Aurangabadu do Bombaju mamy bilet na dzisiaj wieczór też zdobyty z wielkim trudem. Ale wyjechać ot tak, nie zobaczywszy jaskiń? Przecież po to tu przyjechaliśmy. A może by tak jutro samolot do Bombaju?
Postanawiamy najpierw udać się na stację. I kto tu zrozumie Koleje Indyjskie? Nie ma problemu ze zmianą biletów. Sprawę załatwiamy od ręki. Potem zastanawiamy się, co dalej. Przed nami cały dzień i wybitnie nieatrakcyjne miasteczko Aurangabad. Jedziemy do tzw. małego Tadź Mahal. Już sam jego widok nas odrzuca. Druga ciekawostka w miasteczku (ponad milion mieszkańców) to młyn wodny – cudo techniki z poprzedniego wieku. Przyglądamy się ze zmarszczonymi czołami. Bez słowa odwracamy się i wędrujemy coś zjeść.
