Ellora Caves (21 listopada 2000)

Mimo niezwykłych wysiłków miejscowych naciągaczy do jaskiń jedziemy autobusem. W zasadzie słowo „jaskinie” nie wydaje się tu być najodpowiedniejsze. To raczej świątynie wykute w skale na przestrzeni wieków. Niektóre z nich jeszcze nie są skończone. Jest ich w sumie 34: 12 buddyjskich, 17 hinduistycznych i 5 dżinijskich. Zaczynamy od środka. Miło jest wejść do chłodnych pomieszczeń i popatrzeć, jak to dawno temu ludzie mieli czas i ochotę tyle wykuc w skale. Nie byli to sobie ot tacy rzemieślnicy. Musieli znać się na architekturze i akustyce. W jednej ze świątyń przewodnik demonstruje wspaniałe echo, nucąc jakąś melodię. Świątynia Kailasa zapiera dech w piersiach. Wykuta została w jednym kamiennym bloku od góry do dołu, tak że przy jej budowie nie było potrzeby użycia rusztowań. Nam jednak największą frajdę sprawiają świątynie dżinijskie. Czujemy się jak mali odkrywcy, przełażąc wąską ścieżką nad jeziorkiem i wchodząc do świątyni po schodach jak w filmach o Indianie Jonesie. Mnie co prawda przy ostatniej świątyni nogi odmawiają posłuszeństwa, ale to pewnie z tego gorąca.