Ernakulam – Alappuzha (1 grudnia 2000)

Jak ten czas szybko leci. Już pierwszy grudnia, a nam się wydaje, że dopiero co wyjechaliśmy z Polski. W Ernakulam łapiemy autobus do Alappuzha, miasteczka w Kerali, które jest miejscem wypadowym na rozlewiska. Autobus z trudem przedziera się do stacji. W mieście jest jakaś olbrzymia manifestacja. Tłumy ludzi z czerwonymi chorągwiami z młotem i sierpem skandują coś rytmicznie. Mnóstwo policji. Panuje takie zamieszanie, że nawet miejscowi naciągacze są trochę zagubieni i zostawiają nas w spokoju. A może my już wyglądamy na takich, co to się nie dadzą naciągnąć? Ha, ha – dobrze jest mieć złudzenia.

Kupujemy bilety na wycieczkę stateczkiem do Kollam. Jestem tak zmęczona, że padam na łóżko i śpię jak zabita. W środku nocy budzi mnie wściekły Włodek i mówi, że zawieszamy moskitierę, bo on za chwilę oszaleje. Już od dwóch godzin opędza się od komarów i ma serdecznie już wszystkiego dość.