Alappuzha – Kollam/Quilon (2 grudnia 2000)

Wycieczka statkiem z Alappuzha do Kollam. Budzę się rano i już wiem, że Włodek, opędzając się od komarów, wybrał lepszą opcję. Całe ręce i szyję mam podziobane przez te paskudztwa. Mam tylko nadzieję, że wśród tych gadów nie było roznosiciela malarii. Śniadanko w jakiejś kafejce o dumnej nazwie „Wenecja”. Kafejka polecona nam przez przemilą Amerykankę, która bardzo się zmartwiła, że Włodek nie jest samotny. I szybciutko do naszego stateczku (dwupokładowa łódź motorowa).

Płyniemy kanałami, kanałkami, rozlewiskami. Na brzegach ukryte w palmach domki, mnóstwo ptactwa, rybacy, poławiacze małży, a my rozwaleni na pokładzie zajadamy się owocami. Czysta przyjemność. Koło południa przybijamy do małej wysepki na lunch. Jak zwykle thali. Mieszam rękami w ryżu i próbuję coś zjeść, ale nie daję rady – Włodek wcina z pasją.

Niedaleko naszego stateczku jest zacumowana houseboat – taki luksusowy domek na wodzie. Pytamy się, czy możemy sobie ją obejrzeć. Oczywiście że tak. Rozkoszujemy się łódeczką, ale nasz statek trąbi już na spóźnialskich. I znowu płyniemy. Z wody wystają przedziwne drewniane konstrukcje – to stojaki na sieci. Słońce zachodzi nad wodami. Przybijamy do Kollam.