Chennai/Madras – Mamallapuram (5 grudnia 2000)

Do Chennai docieramy skoro świt. Szukamy jakiegoś hoteliku i w drogę do Mamallapuram. Rozklekotanym autobusem, który dosłownie rozłazi się w szwach, dojeżdżamy do niewielkiej wioski położonej nad samym morzem. Wstyd się przyznać, ale słynna świątynia nie robi na nas większego wrażenia, a jaskinie i mandapany wydają się nijakie po Ellora Caves. Interesująca wydaje się nam tylko płaskorzeźba Arjuna’s Penance.

Decydujemy się, że odwiedzimy farmę krokodyli, którą widzieliśmy po drodze. Miejscowy naciągacz próbuje nas przekonać, że jedzie tam tylko jeden autobus dziennie i to w dodatku zawsze się psuje. Dlatego też powinniśmy jechać jego taksówką. Wskakujemy do pobliskiego autobusu, który oczywiście bez problemu dowozi nas na miejsce. Farma krokodyli wzbudza w nas więcej entuzjazmu niż świątynie w Mamallapuram. Oprócz krokodyli na farmie są też węże. Patrzymy z nieklamanym podziwem, jak ich opiekunowie swobodnie się wśród nich poruszają. Tłumaczą nam z pobłażliwym uśmiechem, że kobrę wystarczy złapać za ogon, podnieść do góry i jesteśmy zupełnie bezpieczni. No cóż, skoro tak mówią specjaliści, nie będziemy się spierać, ale na wszelki wypadek nie próbujemy łapać kobry za ogon. Po drodze do hoteliku Włodek odkrywa miejscową cukiernię, w której obżeramy się miejscowymi smakołykami. Okropnie słodkie, ale pychotka.