Noc spędzamy w Jabalpurze i wczesnym rankiem wymykamy się z hotelu na autobus. Przed nami 160 km, czyli około 6 godzin jazdy. Na jednym z postojów Włodek spotyka emerytowanego nauczyciela angielskiego. 71-letni pan jest niezwykle ujmujący, zaprasza nas na herbatę i częstuje „beatle leaf”. Żujemy go z godnością, rozpaczliwie zastanawiając się, co to jest – i czy ta nazwa ma coś wspólnego z żukiem. Po chwili usta robią nam się pomarańczowoczerwone. Ciekawe, jak zniosą to nasze żołądki?
W Kanha zatrzymujemy się w niewielkim moteliku, który jest skromniutki i zgrzebny, ale unosi się w nim jakaś przedziwnie pociągająca atmosfera. Kiedy już umyta zasiadam wygodnie w fotelu przed naszym pokoikiem, zjawia się para Holendrów (Francine i Theo). Oni też zauroczeni miejscem decydują się tu zatrzymać. Naszą przygodę w parku będziemy dzielić razem z nimi.
Wynajmujemy jeepa z kierowcą i jedziemy. Każde z nas mocno trzyma kciuki, żeby zobaczyć tygrysa. Przeczesujemy wzrokiem drzewa i trawy. Bija nam serca. Po drodze mijamy stada jeleni, ale tygrysa ani widu, ani słychu. Nagle Theo woła: „Stop the car! Leopard!” Samochód gwałtownie się zatrzymuje. Dosłownie jakieś 20 metrów od nas widzimy lamparta. Przygląda nam się z zaciekawieniem, ale chyba nie robimy na nim większego wrażenia. Powolutku podnosi się, przez chwilę wędruje wzdłuż drogi i znika w lesie. Zaczyna się robić zimno, słońce zachodzi. Czas na nas. Za chwilę zamkną bramy parku. No cóż, nie zobaczyliśmy tygrysa – może jutro będziemy mieli więcej szczęścia.
Wyjeżdżamy przez bramę parku. Nasz przewodnik wysiada z samochodu. Wracamy do motelu. Nagle Salim, nasz kierowca, gwałtownie zatrzymuje samochód i wskakuje na jego dach. „Słyszycie małpy?” – mówi – „alarm call”. Wpatrujemy się w szarzejące łąki i nagle – tak, jest. Tygrys majestatycznie i od niechcenia przemierza łąki. Wstrzymujemy oddech. Ta chwila jest piękna.
Kiedy wracamy do naszego hoteliku, roi się w nim od gości. Przyjechała wycieczka Hindusów. Przemiły dentysta z Bombaju uczy mnie, jak robić chapati. Włodek jest szczęśliwy, bo je uwielbia i ma nadzieję, że będę w stanie zrobić je i w Polsce.
