Kanha National Park (9 grudnia 2000)

Trudno się jest zerwać rano, zwłaszcza że wieczór spędziliśmy z Theo i Francine. Włodek cieszył się bardzo, że Theo smakowała whiskey, którą targaliśmy ze sobą aż z Nepalu, bo teraz jego plecak jest o 1 kg lżejszy. Poza tym jest obrzydliwie zimno. Jesteśmy tym zupełnie oszołomieni. Wrzucamy na siebie wszystko, co mamy, i wskakujemy do jeepa.

W parku jeszcze unoszą się mgły. Na drodze widać świeże ślady tygrysa. Bestia jakby bawiła się z nami w ciuciubabkę – raz ślady się pojawiają, raz znikają. Nagle przez drogę przetacza się olbrzymi bizon. Wydaje z siebie jakieś dziwne odgłosy. W pewnej chwili nasz kierowca otrzymuje sygnał. Namierzono tygrysa. Pędzimy na miejsce zbiórki. Dostajemy swój numerek (jeden z ostatnich) i czekamy w kolejce. Co 10 minut spracowany słoń wiezie czterech turystów, żeby popatrzyli sobie na tygrysa. Ja jestem troszeczkę rozczarowana. Ten tygrys ma niewiele wspólnego z wczorajszym władcą. Fakt, jest pięć metrów ode mnie, ale mam wrażenie, że to wszystko jest wyreżyserowane.

Jednak nie ma tego złego, co by na dobre nie wyszło. Byliśmy jednymi z ostatnich, a do naszej bramy daleka droga. Park zamykają o 12:00, pędzimy więc skrótami, drogami normalnie zamkniętymi dla turystów. Przejeżdżamy przez mostki, które nasz przewodnik najpierw sam sprawdza, a dopiero potem my wolniutko przejeżdżamy. Przy bramie jesteśmy pół godziny za późno. Na szczęście strażnicy tylko groźnie marszczą brwi, ale nie wyciągają żadnych konsekwencji. Po południu jeszcze jedna wyprawa do parku. A potem długie polako-hindusko-holenderskie rozmowy.