Bharatpur (14 grudnia 2000)

Trochę się boimy. Wszyscy o tym parku opowiadają wspaniałe historie. Nasze nadzieje są więc wielkie, ale kto wie, czy się nie rozczarujemy. Wypożyczamy rowery i bezczelnie oszukując wszystkich czatujących na nas parkowych przewodników, sami wjeżdżamy do parku. Mamy małą mapkę i nią się posługujemy.

Bharatpur nie było stworzone jako park. Maharadża chciał mieć po prostu dopływ świeżego dzikiego ptactwa na stół. Z czasem przemieniono to miejsce w park. Wydawało nam się, że ptaki nas tak bardzo nie interesują. Ale po chwili już nas wciąga, bo ptactwa tu co niemiara – brodzą w wodzie, lecą w powietrzu, aż głowa boli od kręcenia.

Po południu zatrzymujemy się w małej parkowej kantynie na odpoczynek. Wykładamy się na naszym kocyku, popijamy kawę i wcinamy kanapki. Nagle podchodzi do nas Amerykanka i pyta się, czy widzieliśmy pytona. Podnosimy się. Może z 15 metrów od nas, przy toalecie, wygrzewa się w najlepsze pyton. „Jest średniej wielkości” – informuje mnie jakiś hinduski turysta. Jak dla mnie jest wystarczająco duży. Koło 16:00 opuszczamy park i próbujemy załatwić sobie jakiś dojazd na stację na poranny pociąg. Pociąg jest o 6:30, a my jesteśmy jakieś 10 km od stacji.