Vang Vieng (22 stycznia 2001)

Wczoraj rozstaliśmy się z Tomem. Jego samolot do Pakistanu już prawie odlatuje z Bangkoku. My jeszcze chcemy zrealizować wczorajszy plan, ale tylko we dwoje, bo Tony po wczorajszych przygodach z rowerem nie ma ochoty go już więcej oglądać. Zapuszczamy się w tereny, gdzie turysty jak na lekarstwo. W jakiejś wiosce trafiamy na chyba urodziny – kto to wie. Rozumiemy tylko, że nas zapraszają. Przez chwilę bawimy się z nimi, częstują nas lao, my dajemy symboliczny prezent w postaci pieniędzy. Machamy rękami na pożegnanie i dalej w drogę. Przedzieramy się przez strumienie i kamieniste drogi. Tuż przed moim rowerem widzę obrzydliwą 20-centymetrową stonogę. Odpoczywamy nad jakimś strumieniem i wcinamy nasze banany. Nigdy przedtem nie jadłam bananów z pestkami – na pewno nie przeszłyby w Unii Europejskiej. Wykonani wracamy wieczorem do naszej mieściny i wybieramy się na obiad do restauracji indyjskiej. Kiedy czytamy menu, ogarnia nas nostalgia – prawie że płaczemy ze wzruszenia. Kiedy Włodek dostaje swoją masala dosę, mnie od razu robi się niedobrze na sam jej zapach. To właśnie od masali dostałam później problemów żołądkowych, które okazały się potem durem brzusznym, a nie – jak naiwnie na początku uważałam – zatruciem żołądkowym.