Vang Vieng – Vientiane (24 stycznia 2001)

Wstajemy o 4:45, żeby zdążyć na mniej zatłoczony poranny autobus. Poranny to on jest, tylko nie wiem, jak wygląda ten zatłoczony autobus, bo nasz pęka w szwach. Tony, który wcześniej zaplanował sobie miłą drzemkę w autobusie, musi jednak zrezygnować ze swoich planów. Do Vientiane autobus dojeżdża o czasie. Jak zwykle poszukiwania noclegu. Tym razem jakoś wszystko jest drogie i raczej obskurne. Rozdzielamy się z Tonym. Włodek znajduje dla nas bardzo miłe lokum, gdzie padamy na łóżko i śpimy, śpimy i śpimy. Po południu ruszamy na zwiedzanie miasta. Ruszamy trasą zaproponowaną przez Lonely Planet. Miasto nie wzbudza w nas wielkiego entuzjazmu. Docieramy nad Mekong i popijając shake’i, obserwujemy zachód słońca.