Sydney – Auckland (25 lutego 2001)

I znowu jemy i gdzieś koło 13:00 lądujemy w Auckland. Tuż przed wylądowaniem otrzymujemy karty pokładowe. Pytania, na które trzeba odpowiedzieć, wzbudzają we mnie milion dwieście wątpliwości. Czy w ostatnich 30 dniach byłam na farmie lub w lesie? Czy przewożę jakiś sprzęt biwakowy, żywność lub wyroby z drewna? O rety! Mam jakieś kruche ciasteczka, śpiwór i pałeczki z drewna tekowego. Jak określić granicę farmy w Tajlandii? Czy jak byłam na wyspie, to też się liczy jako las? Patrzę na wytłuszczony drukiem dodatek: „Zatajenie faktów będzie ścigane prawnie, włącznie z karą więzienia”. Czuję drobny dreszczyk na karku. Mimo początkowych sprzeciwów Włodka wędrujemy tak zwaną czerwoną linią. Celnik wysłuchuje z uwagą moich wątpliwości i macha ręką: przechodźcie. Jeszcze kątem oka rzucamy na grzecznie stojących w długiej kolejce pasażerów w tak zwanej zielonej linii (nic do oclenia) i opuszczamy lotnisko. Wymieniamy pieniądze i łapiemy „shuttle bus” (coś pomiędzy taksówką a autobusem, dowozi pod wskazany adres, ale jest trochę droższe niż autobus) i jedziemy do Val i Billa. Z ostatnich wiadomości, jakie od nich uzyskaliśmy, wiemy, że może nie będzie ich w domu, ale nie mamy się martwić, bo obok mieszka ich córka, która ma klucz, i brat Val, który też ma klucz. No i w ogóle mamy się czuć jak u siebie w domu. Niesamowite. Val i Billa spotkaliśmy 5 miesięcy temu w Nepalu. Lecieliśmy tym samym samolotem z Kathmandu do Lukli. Kiedy dowiedzieli się, że planujemy przyjazd do Nowej Zelandii, bez wahania zaproponowali nam miejsce w swoim domu. Rzeczywiście, kiedy docieramy do domu, nikogo tam nie zastajemy. Jednak przemiły sąsiad już pobiegł do ich córki i po chwili pijemy herbatę na tarasie nad brzegiem basenu. Moją uwagę przyciąga olbrzymi plakat, na którym jest Bill. Plakat jest podpisany: „Bill Baillie biegnie po rekord świata”. I tak oto okazuje się, że mieszkamy u mistrza olimpijskiego, i to w dodatku dwukrotnego rekordzisty świata. I żeby było śmieszniej – jest to pierwszy prawdziwy dom, w którym jesteśmy od 5 miesięcy. Niesamowite uczucie po tych wszystkich hotelach, hotelikach i innych przedziwnych miejscach, które służyły nam swoim dachem. W chwilę później docierają do domu Val i Bill, z którymi spędzamy przemiły wieczór.