I znowu jemy i gdzieś koło 13:00 lądujemy w Auckland. Tuż przed wylądowaniem otrzymujemy karty pokładowe. Pytania, na które trzeba odpowiedzieć, wzbudzają we mnie milion dwieście wątpliwości. Czy w ostatnich 30 dniach byłam na farmie lub w lesie? Czy przewożę jakiś sprzęt biwakowy, żywność lub wyroby z drewna? O rety! Mam jakieś kruche ciasteczka, śpiwór i pałeczki z drewna tekowego. Jak określić granicę farmy w Tajlandii? Czy jak byłam na wyspie, to też się liczy jako las? Patrzę na wytłuszczony drukiem dodatek: „Zatajenie faktów będzie ścigane prawnie, włącznie z karą więzienia”. Czuję drobny dreszczyk na karku. Mimo początkowych sprzeciwów Włodka wędrujemy tak zwaną czerwoną linią. Celnik wysłuchuje z uwagą moich wątpliwości i macha ręką: przechodźcie. Jeszcze kątem oka rzucamy na grzecznie stojących w długiej kolejce pasażerów w tak zwanej zielonej linii (nic do oclenia) i opuszczamy lotnisko. Wymieniamy pieniądze i łapiemy „shuttle bus” (coś pomiędzy taksówką a autobusem, dowozi pod wskazany adres, ale jest trochę droższe niż autobus) i jedziemy do Val i Billa. Z ostatnich wiadomości, jakie od nich uzyskaliśmy, wiemy, że może nie będzie ich w domu, ale nie mamy się martwić, bo obok mieszka ich córka, która ma klucz, i brat Val, który też ma klucz. No i w ogóle mamy się czuć jak u siebie w domu. Niesamowite. Val i Billa spotkaliśmy 5 miesięcy temu w Nepalu. Lecieliśmy tym samym samolotem z Kathmandu do Lukli. Kiedy dowiedzieli się, że planujemy przyjazd do Nowej Zelandii, bez wahania zaproponowali nam miejsce w swoim domu. Rzeczywiście, kiedy docieramy do domu, nikogo tam nie zastajemy. Jednak przemiły sąsiad już pobiegł do ich córki i po chwili pijemy herbatę na tarasie nad brzegiem basenu. Moją uwagę przyciąga olbrzymi plakat, na którym jest Bill. Plakat jest podpisany: „Bill Baillie biegnie po rekord świata”. I tak oto okazuje się, że mieszkamy u mistrza olimpijskiego, i to w dodatku dwukrotnego rekordzisty świata. I żeby było śmieszniej – jest to pierwszy prawdziwy dom, w którym jesteśmy od 5 miesięcy. Niesamowite uczucie po tych wszystkich hotelach, hotelikach i innych przedziwnych miejscach, które służyły nam swoim dachem. W chwilę później docierają do domu Val i Bill, z którymi spędzamy przemiły wieczór.
Sydney – Auckland (25 lutego 2001)
Teksty oryginalne dziennika „Podróż dookoła świata” pisane na komputerach bez zainstalowanych polskich znaków diakrytycznych. Korekta językowa wykonana automatycznie. Brak pełnej poprawności językowej.
Podróż dookoła świata
- Urzekająca egzotyka
- Pierwszy rafting
- Jest cudownie
- Puskhar Camel Festival
- Jaisalmer i Thar Desert
- Wakacje od wakacji
- Czysta przyjemność
- Dzień Wszystkich Świętych
- Pamiętny rzut monetą
- Wigilia poza domem
- Angkor Wat
- Koncert milenijny
- Trekking w Chiang Mai
- Mekong
- Inner-tube rafting
- Pierwszy „nur” w ciepłej wodzie
- Full Moon Party
- Black water rafting
- Skok na bungy
- Oodnadatta Track
- Uluru i Kata Tjuta
- Wielka Rafa Koralowa
- Sea World
- Borobodur
- Krajobraz Mt. Bromo
- Polscy księża misjonarze
- Raj na ziemi
- Znowu w szkole
- Blue Hole
- Ruiny Majów
- Kolorowa Guelaguetza
- Uroczy świat Tequili
- Olbrzymie olbrzymy
- Prawdziwy Dziki Zachód
- Błogie życie w SLC
- Cuda natury
- Machu Picchu
- Droga śmierci do parku Madidi
- Kopalnie srebra w Potosí
- Uwięzieni w Uyuni
- Ogromne ptaszyska
- Salsa, cygara i socjalizm
- Nasza złota jesień
