Christchurch – Sydney – Melbourne (24 marca 2001)

Trudno w to uwierzyć, ale to już dzisiaj opuszczamy Nową Zelandię. A wydaje się, że dopiero co przyjechaliśmy. Chendra odwozi nas na lotnisko. Samolot jest przepełniony. Pan odprawiający nas pyta się z nadzieją w oczach: „Jesteście na wakacjach, prawda? Nie spieszy się wam tak bardzo? Może byście tak polecieli nie bezpośrednio do Melbourne, ale przez Sydney? Zwrócimy wam część pieniędzy za bilety.” Udając pewne niezadowolenie, przystajemy na tę propozycję, kasujemy pieniądze i zastanawiamy się, jak zawiadomić Kasię (współtowarzyszka wspaniałego dzieciństwa na Wdzydzach), która czeka na nas w Melbourne, że przylecimy później. Udaje się nam do niej dodzwonić, jednak nie przewidzieliśmy, że z powodu braku sprzętu ratunkowego nasz samolot nie wystartuje o czasie, że z tego powodu spóźnimy się na lot z Sydney do Melbourne i że następny lot z Sydney do Melbourne z tajemniczych powodów w ogóle nie odleci, a następny będzie opóźniony. W Melbourne lądujemy około 23:00 i spotykamy zziębniętą i wymęczoną czekaniem Kasię, która mimo wszystko wita nas z otwartymi ramionami.