Melbourne – Hamilton (27 marca 2001)

Po śniadaniu wizyta w Konsulacie Indonezji. Są bardzo uprzejmi, ale… ponieważ jesteśmy Polakami, to niestety nie dość, że musimy płacić za wizę, to w dodatku możemy ją dostać tylko na 30 dni (inne nacje 60). Oprócz tego musimy dostarczyć ksera naszych biletów lotniczych, zaadresowaną kopertę (wystawienie wizy zajmuje 5 dni roboczych, a tyle nie możemy czekać, więc paszporty prześle nam poczta), paszporty oraz wypełnić po dwa wnioski wizowe. W rezultacie 5-minutowa wizyta przeciąga się do godziny i po powrocie do samochodu okazuje się, że mamy mandat za parkowanie bez odpowiedniej opłaty. Coś mamy pecha z tą wizą! Wyjazd z Melbourne nie nastręcza nam żadnych problemów. Jedziemy oceaniczną trasą widokową. Tak jak inni, wyskakujemy z samochodów i pstrykamy zdjęcia. Na jednym z takich przystanków robi się tak bardzo swojsko, bo… wysiadają z samochodu Hindusi i oczywiście chcą sobie robić z nami zdjęcia. Ciekawe, w ilu hinduskich domach wisimy na ścianach? Po południu docieramy do „12 Apostołów” – to znaczy kamiennych ostalców w morzu. Są ciekawe, ale na nas większe wrażenie wywierają „Diabelska jaskinia”, „Blow Hole” i „Wąwóz Wraku”. Stoimy nad brzegiem morza szarpani lodowatym wiatrem, fale z wściekłością biją o skalisty brzeg, biała piana z fal unosi się daleko w głąb lądu. Wypatrujemy wraku statku, który zatonął u tego wybrzeża ponad 100 lat temu – wieczorem już świętowali szczęśliwie zakończoną trzymiesięczną podróż, a o 4-tej nad ranem rozbili się o przybrzeżne skały. Z 55 osób uratowały się tylko dwie. W Blow Hole – jeziorze połączonym 100-metrowym podziemnym korytarzem z morzem – unosiło się następnego dnia 11 ciał. Zmierzch i tylko szum wściekłego wiatru i fal. Odnosimy wrażenie, że wśród nich da się słyszeć jęki tonących. Nocujemy w samochodzie w jakimś lesie za Hamilton.