Melbourne (14 maja 2001)

Ostatni dzień w Australii. Włodek siedzi w internecie, a ja pakuję się i paczkę. Aż dziw, jak człowiek obrasta w tony rzeczy, kiedy nie musi ich nosić na plecach. Ale od jutra koniec z tym. Na obiad wcinamy nasze ulubione kalmary i pyszną sałatkę pomysłu Kasi. Ogień wesoło płonie w kominku. Zimno się zrobiło – jest tylko 21 stopni. Wskakujemy do samochodu Kasi i jedziemy na lotnisko. Kasia odprowadza nas i po raz nie wiem który stwierdzam, że nie znoszę pożegnań z ludźmi, których lubię. Machamy sobie ręką i znowu czeka na nas nieznane.