Yogyakarta (18 maja 2001)

Wymowa tej miejscowości jest fascynująca. Jak można z tej nazwy zrobić jakąś „dziugdzię”? Najcudowniejsze jest jednak to, że oni też używają alfabetu łacińskiego i ulice są oznaczone. Kiedy rano wędrujemy ulicami miasta w poszukiwaniu jakiegoś hoteliku, powtarza się stara historia – wszyscy zakładają, że jesteśmy Francuzami bądź Włochami. Cały czas słyszymy „Bonjour… itd”. Zabawne. Lądujemy w końcu w Ritzki Loseman, gdzie wyrozumiały kierownik mówi: najpierw wyśpijcie się, a potem się będziecie meldować. To jest Azja? Niewiarygodne. Trochę śpimy, potem idziemy obejrzeć produkcję batików, a później publicznymi autobusikami jedziemy do Prambanan. Mimo że publiczne, niestety chcą od nas więcej za przejazd niż od miejscowych. Pierwszy kierowca był uczciwy i podał nam cenę taką jak płacą miejscowi, ale dostał takiego szturchańca od kolegi, że za chwilę podniósł cenę 5 razy. Wybuchliśmy na to śmiechem. Jakoś tak się złożyło, że w Prambanan jesteśmy prawie sami. Świątynia (a w zasadzie ich kompleks) bardzo przypomina nam świątynie khmerskie. Kiedy pojawiają się tłumy turystów, a wraz z nimi tłumy miejscowych sprzedawców, powolutku się wycofujemy. Jakiś chłopaczek stoi przy bramie i gra na gitarze (przeokropnie). Kiedy nie dajemy mu pieniędzy, ze złością przerywa grę i woła: „No money, no song”. No i chwała Bogu.