Mimo namów właściciela hotelu, żeby wykupić u niego wycieczkę do Borobudur, bo autobusy publiczne są bardzo niebezpieczne, mimo wszystko decydujemy się na nie. Publiczne są chyba tylko dla miejscowych, bo my musimy płacić więcej niż inni pasażerowie. Kiedy zadaję pytanie: „dlaczego”, biedny konduktor główkuje, jak tylko może, żeby znaleźć jakiś rozsądny powód. Ciekawe – Indonezyjczycy, przynajmniej ci na Jawie, próbują zawsze jakoś usprawiedliwić swoje matactwa w jakiś logiczny sposób. Chłopak tak się męczy, że w końcu wybuchamy śmiechem i dajemy mu po 1000 rupii od głowy więcej. Jest cały szczęśliwy i nawet próbuje się z nami wdać w towarzyską pogawędkę.

© 2026 Włodzimierz Serwiński. Wszelkie prawa zastrzeżone.
Ale przed nami już Borobudur. Przyglądamy się trochę sceptycznie. To naprawdę ten Borobudur, który oglądaliśmy na taśmie wideo? Podchodzimy trochę bliżej i nagle zaczyna się dziać coś dziwnego. Wędrujemy według wskazówek zegara wokół stupy – 5 kilometrów niesamowitych płaskorzeźb. Szkoda, że już niezbyt dobrze pamiętamy Ramajanę, a Mahabharata brzmi nam swojsko jedynie z nazwy. Wreszcie jesteśmy na szczycie. Trochę nam przeszkadza tłum turystów. Przez niebo przebiega błyskawica. Potem grzmot. Tak to pogoda przychodzi nam z pomocą – olbrzymia burza wypędza wszystkich i zostajemy sami. Całe Borobudur jest tylko nasze. Ulewny deszcz wcale nam nie przeszkadza. Burza jak to burza przechodzi szybko i zza chmur wyłaniają się szczyty wulkanów. Zachód słońca, który oglądamy z okien autobusu, jest zupełnie niesamowity.
