Yogyakarta – Mt Bromo (20 maja 2001)

Czekamy na nasz turystyczny autobus, który miał przyjechać po nas o 7:30. Zjawia się ktoś po nas, ale dopiero o 8:30. Turystyczny autobus z klimatyzacją to rozklekotany minibusik z niedziałającym nawiewem. Oprócz kierowcy jest nas 8 sztuk. Zamieniam się z prawie 2-metrowym Holendrem na miejsca, bo biedak wali głową w sufit, a dodatkowo siedzi pomiędzy sporych rozmiarów Urugwajczykiem (pracownikiem Brygad Pokoju) a kierowcą. W koszmarnym skwarze i kurzu (zdecydowaliśmy się na klimatyzację naturalną, czyli otwarte okna) pędzimy z zawrotną prędkością (może 35 km/h) przed siebie. Kierowca chyba cierpi na zapalenie pęcherza, bo co chwila zatrzymuje samochód i pędzi za drzewko. Holendrzy, którzy tak jak my wędrują dookoła świata i już się nabawili manii prześladowczej, mówią, że on robi to specjalnie, żeby nas zmęczyć. Bo jak będziemy zmęczeni, to zgodzimy się na wszystko. No, zobaczymy. Do Mt Bromo docieramy dobrze po 19:30. Rzeczywiście wykończeni i po małej awanturze i przesiadce do innego minibusika. Złość przechodzi nam szybko, kiedy wciągamy w płuca świeże górskie powietrze i szybko pędzimy do łóżek, bo jutro rano wstajemy o 4:00, żeby obejrzeć wschód słońca nad Mt Bromo.