Kuta (12 czerwca 2001)

Przyjazd na Bali to szok. Znowu cywilizacja i wielkie resorty. I znowu jesteśmy turystami, z których trzeba zdzrzeć tyle pieniędzy, ile się tylko da. Odkrywam doskonałą metodę na tych, którzy proponują nam za swoje usługi astronomiczne ceny – wybucham radosnym śmiechem, jakbym w życiu nie słyszała lepszego kawału. I ciekawe, ale odnosi to lepszy skutek niż awanturowanie się. W ogóle zauważyliśmy, że w Indonezji ludzie uwielbiają żartować i żartem da się załatwić naprawdę sporo. No i skoro to prawie już ostatni dzień w Indonezji i Azji, postanawiam kupić sobie wreszcie sarong. Moje handlowanie jest zupełnie beznadziejne, ponieważ doskonale po mnie widać, że sarong mi się podoba i tak go w końcu kupię. A jutro żegnamy się już z Azją. Trochę nam smutno.