Jakarta – Los Angeles (14 czerwca 2001)

I znowu w samolocie. Tym razem na całkiem długo. Nie znoszę klimatyzacji. Już w trakcie lotu Dżakarta – Singapur zdążyłam się przeziębić. A niech to! 20-godzinny lot to żadna przyjemność. Całe szczęście że to linie singapurskie, więc możemy sobie obejrzeć wszystkie ostatnie bestsellery, no i oczywiście zjeść za dziesięciu. No i jakoś nam mija te jedyne 21 godzin i już jesteśmy w Los Angeles. Azja już za nami. Przed nami Ameryki. Przemily urzędnik imigracyjny, widząc naszą nieuzupełnioną rubryczkę „adres w Stanach Zjednoczonych”, spogląda na nas z uśmiechem i z kamiennym wyrazem na twarzy wpisuje: Hilton. Tymczasem my tak naprawdę udajemy się do Mary Ann i Jacka. Jack podjeżdża po nas samochodem i tak znowu na naszej drodze spotykamy cudownych ludzi. Jedyny problem w tym, że nasz zegar biologiczny mówi, że to poranek, a na zegarze jest 10 wieczorem. A więc – spać. Tylko jak to u licha zrobić?