Gdybym mogła dorwać tego paskudnego urzędnika imigracyjnego, który dał nam pobyt w Meksyku tylko na 30 dni. Ale po kolei. Najpierw urząd imigracyjny, do którego się udaliśmy, okazał się zamknięty. Uprzejmy strażnik poinformował nas, że najbliższy jest w dzielnicy Polanco, na samym jej końcu. Nie pozostaje nam nic innego, jak tylko tam dotrzeć i to jak najszybciej, bo urząd otwarty jest tylko do 13:00. Wreszcie docieramy na miejsce. Najpierw przechodzimy kontrolę, w wyniku której zabierają nam aparaty i Włodka scyzoryk. Następnie ustawiamy się w kolejce do informacji. Tam markotna pani informuje nas, że to nie w tym budynku, tylko w tym o 10 przecznic dalej. Staramy się nie przeklinać, tylko pędzimy do właściwego budynku. Tam inna ponura pani mówi, że nie może przedłużyć nam pobytu, dopóki nie uiścimy opłaty turystycznej. A już jest w pół do pierwszej. Gdzie jest zatem najbliższy bank? Podobno gdzieś niedaleko. Dosłownie lecimy na skrzydłach. W banku niestety jakiś inny urzędnik stwierdza, że nie mamy odpowiednich formularzy i nie mogą przyjąć od nas opłaty. Dobrze – gdzie zatem można dostać formularze? A w papierniczym tuż za rogiem. Pędzimy do papierniczego, gdzie ku naszemu przerażeniu otrzymujemy plik formularzy po hiszpańsku, których wiemy, że w życiu nie wypełnimy. Zrozpaczona biegne do biura migracyjnego i wręczam „naszej urzędniczce” papiery i kategorycznym tonem proszę ją o ich wypełnienie, bo ja nie mam zielonego pojęcia jak. Oczy jej robią się wielkie jak koła młyńskie i wyjąkuje: „Ja też nie wiem. I to wcale mi nie jest potrzebne”. Prawie na nią krzyczę, wołając: „Pani nie, mnie też nie, ale bankowi tak, a mi już zostało tylko 15 minut do zamknięcia urzędu”. Pani sugeruje, żebym się udała do banku Inverlat, bo tam, ona wie, nie wymagają tych formularzy. Pędzę zatem w stronę Włodka, który trzymał kolejkę w banku. Udało się już mu przekonać urzędnika, że nie potrzebuje tych papierów i po wielkich trudach (na moim kwitku suma do zapłacenia wypisana przez leniwego urzędnika imigracyjnego była zupełnie nieczytelna) opłacił nasz pobyt. Szczęśliwi oddajemy paszporty w urzędzie i otrzymujemy przedłużenie na… 15 dni. Dlaczego? Tego już nam pani urzędniczka, która już się pakuje, żeby pójść do domu, nie raczyła nam wyjaśnić. Na szczęście więcej nam nie potrzeba. Po drodze do centrum wstępujemy do biura Sekretarza Servasu i wreszcie otrzymujemy listę hostów na Meksyk. Jeszcze jeden przystanek na Placu Republiki, który wcale nam się nie podoba, i wydzwanianie do hostów. Wreszcie jednego zastajemy w domu i Włodek umawia się z nim na jutro.
Mexico City (26 lipca 2001)
Teksty oryginalne dziennika „Podróż dookoła świata” pisane na komputerach bez zainstalowanych polskich znaków diakrytycznych. Korekta językowa wykonana automatycznie. Brak pełnej poprawności językowej.
Podróż dookoła świata
- Urzekająca egzotyka
- Pierwszy rafting
- Jest cudownie
- Puskhar Camel Festival
- Jaisalmer i Thar Desert
- Wakacje od wakacji
- Czysta przyjemność
- Dzień Wszystkich Świętych
- Pamiętny rzut monetą
- Wigilia poza domem
- Angkor Wat
- Koncert milenijny
- Trekking w Chiang Mai
- Mekong
- Inner-tube rafting
- Pierwszy „nur” w ciepłej wodzie
- Full Moon Party
- Black water rafting
- Skok na bungy
- Oodnadatta Track
- Uluru i Kata Tjuta
- Wielka Rafa Koralowa
- Sea World
- Borobodur
- Krajobraz Mt. Bromo
- Polscy księża misjonarze
- Raj na ziemi
- Znowu w szkole
- Blue Hole
- Ruiny Majów
- Kolorowa Guelaguetza
- Uroczy świat Tequili
- Olbrzymie olbrzymy
- Prawdziwy Dziki Zachód
- Błogie życie w SLC
- Cuda natury
- Machu Picchu
- Droga śmierci do parku Madidi
- Kopalnie srebra w Potosí
- Uwięzieni w Uyuni
- Ogromne ptaszyska
- Salsa, cygara i socjalizm
- Nasza złota jesień
