Los Angeles (12 sierpnia 2001)

A dzisiaj kraina snów – Universal Studios. Stoimy w olbrzymiej kolejce, żeby się do niej w ogóle dostać. Ludzie walą ze wszystkich stron – każdy łaknie trochę świata wielkich gwiazd. Bardzo nam się podoba przejazd tramwajem po studio, który demaskuje wszystkie chwyty kamery. Oglądamy domy, które mają tylko fasady, drzwi, które są specjalnie malutkie, tak żeby gwiazdy filmu, którym natura poskąpiła słusznego wzrostu, wyglądały na potężniejsze, i oczywiście przeżywamy trzęsienia ziemi, powodzie i atak rekina ze szczęk. Bawią mnie bardzo pokazy kaskaderów, a potem to tylko czekanie i czekanie w kolejkach na ciekawe pokazy – tyle tylko że nóg już od tego stania w kolejkach nie czujemy. W rezultacie w domu lądujemy gdzieś koło północy i padamy spać, bo jutro znowu w drogę.