Los Angeles – Visalia (13 sierpnia 2001)

To bardzo dobry dzień na rozpoczęcie podróży. Mary Ann i Jack zaangażowali całą rodzinę i wszystkich znajomych w poszukiwaniu sprzętu kempingowego dla nas i tak oto mamy już w bagażniku namiot, materace, kuchenkę gazową, garnki, kubki, talerzyki, a Mary Ann, wiedząc że uwielbiam herbatę, w ostatniej chwili podrzuca nam pudełko herbaty. Jedziemy do Visalia, miasteczka niedaleko Parku Narodowego z największymi drzewami na świecie. „Niedaleko” oznacza oczywiście amerykańskie niedaleko. Tam mamy zatrzymać się u Joan i Hanka. Przyjmują nas tak jak i inni serwasowi gospodarze – z otwartymi ramionami. Przed obiadem dla ochłody wskakujemy do basenu i obserwujemy kolibry.