Moab – Mesa Verde (6 września 2001)

Z naszymi gospodarzami pożegnaliśmy się wczoraj i rano cichutko opuszczamy cichą mieścinę Moab. Zamierzamy zaatakować Canyonlands od dwóch stron. Najpierw od północy i… trochę jesteśmy rozczarowani. Nie dlatego, żeby to nie było coś ładnego – nie, wcale nie. Tylko że już nie robi na nas takiego wrażenia. Dlatego też trochę zastanawiamy się nad stroną południową – czy w ogóle warto tam się pchać. Decydujemy się, że tak. I całe szczęście, że taka była nasza decyzja.

Część południowa parku, zupełnie odmienna od północnej, to plątanina skał i kanionów. A przede wszystkim jesteśmy sami. Wędrujemy wąską ścieżką górską, którą przed nami wędrowali wieki temu przodkowie Indian Anasazi. Gdzieś w tych kanionach na niedostępnych skałach kryją się ich puebla. Przeskakujemy na jakiś ostaniec. Siedzimy na nim wysoko nad ziemią i patrzymy na przedziwne kształty gór. Jest w nich coś mistycznego.

Na kemping w Mesa Verde docieramy koło 20:00 i po rozbiciu namiotu pędzimy do gorącego spa. Siedząc w cieplutkiej wodzie, obserwujemy gwiazdy i staramy się zatrzymać w sobie jak najwięcej ciepła. Noc zapowiada się na bardzo zimną.