Bryce – Zion (11 września 2001)

Tym razem noc nie jest tak zimna. Tyle że gdzieś o 6 nad ranem budzę się przerażona. Tak koszmarnego snu nie miałam już dawno. Opowiadam o nim Włodkowi, kiedy pakujemy namiot. Wsiadamy do samochodu i jak zwykle włączamy radio. Nawet go za bardzo nie słuchamy, czekając na jakąś miłą melodię. W pewnej chwili docierają do nas słowa: tragedia, Manhattan, porwane samoloty. W tle słychać krzyki ludzi. Proszę Włodka, żeby zmienił program, bo nie mam ochoty na słuchanie jakiejś koszmarnej audycji typu „Wojna Światów”. Włodek zmienia program, ale na nim jest dokładnie to samo. Zmieniamy programy jeden za drugim i nagle dociera do nas prawda – to nie audycja, to rzeczywistość. Potworna rzeczywistość. Zion zwiedzamy trochę roztargnieni, myślami ciągle przy tym, co wydarzyło się rano. Widzimy też różne reakcje ludzi. Jacyś młodzi amerykańscy turyści na wiadomość o zamachu terrorystycznym wybuchają śmiechem, który za chwilę przemienia się w grozę, kiedy zdają sobie sprawę, że to prawda, a nie dowcip. Chłopak, który nagle zdaje sobie sprawę, że gdyby nie to, że jest na wakacjach, to byłby właśnie tam w pracy – czyli prawdopodobnie by już nie żył.