Mimo zdecydowanej niechęci Włodka zmuszam go do małego spacerku do starej kopalni złota. Kopalnia była jedną z najbogatszych w tym rejonie i zmieniała swoich właścicieli w gwałtowny sposób, głównie przy pomocy morderstw. Na drugi spacer Włodek jeszcze bardziej marszczy czoło: „Po co tam wędrować do jakiejś tamy?” Zdecydowanym krokiem ruszam przed siebie – Włodek marudząc coś pod nosem za mną. Po chwili jednak zmienia mu się nastrój – na tym szlaku chyba już dawno nikogo nie było.
Całe góry mamy tylko dla siebie, do takiego stopnia, że dosłownie wpadamy na olbrzymiego dzikiego kozła i zarówno on, jak i my prawie dostajemy z wrażenia ataku serca. Przed tamą zgromadziło się ptactwo wszystkich kolorów tęczy – nasze przybycie mąci ich spokój, nerwowo wzbijają się w powietrze.
W Joshua Tree spotykają się dwie pustynie: Mojave i Colorado. Dla Mojave charakterystyczne są Joshua Trees, a dla Colorado – kaktusy. Kaktusy są prześmieszne – najeżone i koloru jakby dopiero co przeszedł tu wielki pożar. Patrzymy na zegarki i siadamy do samochodu – czas by jechać do Los Angeles.
Jack czeka na nas w domu z kurczakiem „własnej produkcji”. Niestety nie jesteśmy w stanie go zjeść, bo po drodze objedliśmy się pierwszym w Stanach Big Mac’iem. Mary Ann nie ma w domu, ponieważ jest producentem sztuki, która ma być wystawiana za 3 tygodnie, i w związku z tym ma urwanie głowy.
