La Paz (4 października 2001)

Jedziemy do Tiwanaku, czyli największych ruin boliwijskich. Mimo że na początku trochę mamy skwaszone miny, bo z potężnego niegdyś miasta niewiele zostało, głównie dzięki rozgrabieniu wszystkiego, co tylko było możliwe przez okoliczną ludność, to później to miejsce zaczyna nam się coraz bardziej podobać. Zwłaszcza Brama Słońca i podziemna świątynia. Autobus powrotny łapiemy z pobliskiego, bardzo ale to bardzo uśpionego miasteczka, gdzie Grzesiek i Włodek rozgrywają „mecz piłki nożnej”. Włodek niestety przegrywa. Po drodze do naszego autobusu wtacza się Indianka z dwiema owcami. Kierowca nie zgadza się na owce w autobusie – ładują więc na dach. Chyba są totalnie przerażone, bo co chwila za oknem widać ich latające odchody, a w dodatku wjeżdżamy w małą śnieżyczkę, więc chyba przy okazji zamarzają z zimna. Wieczorem chłopcy idą do klubu naprzeciwko naszego hotelu, z którego są po jakimś czasie delikatnie mówiąc wyproszeni. „Nie chcemy tutaj białych” – no proszę! Grzesiek potem mówi: „Wyobraźcie sobie, że wam na imprezę przychodzi grupa Arabów”.