Rano małe szaleństwo – Włodek pisze artykuły i nagle okazuje się, że nie można ich wysłać. Zamiast godziny spędzamy prawie dwie, biegając po mieście i próbując je wysłać. W rezultacie z wywieszonymi językami docieramy do naszego autobusu do Rurre. Trochę nam ciarki przechodzą po plecach, kiedy widzimy pokiereszowany i poobijany autobus. Ale już w nim siedzimy, a przed nami jest najniebezpieczniejsza droga świata, gdzie statystycznie co dwa tygodnie autobus stacza się w przepaść.
Początek nie wygląda tak groźnie, ale pada śnieg z deszczem i góry wyglądają ponuro. Na samej przełęczy pierwsza kontrola antynarkotykowa – trzepią wszystkie bagaże. A potem zaczyna się.
Jedziemy błotnistą drogą na samym skraju przepaści. Spod kół autobusu kamienie staczają się w przepaść. Zamieniam się z Włodkiem na siedzenia, bo nie mogę patrzeć na kilkusetmetrową przepaść i na koła autobusu, które ślizgają się po jej krawędzi. Od czasu do czasu z góry spada na nas kaskada wody. Ciekawe, jak tam czują się nasze bagaże na dachu? Przejeżdżamy przez błotniste strumienie. A wzdłuż drogi krzyże, krzyże i krzyże. Kiedy po 12 godzinach jesteśmy na dole, czuję się trochę lepiej. Ale przed nami jeszcze 12 następnych godzin w autobusie i kilka kontroli antynarkotykowych.
