Varadero – Hawana (17 listopada 2001)

To już ostatni dzień w Varadero. Jak zwykle zahaczamy o internet z nadzieją, że będzie działał. Panienka, która tam pracuje i która mnie osobiście doprowadza do szału swoją niekompetencją, ma kłopoty z jakimś klientem, który podobnie jak my parę dni temu pieklił się o beznadziejną informację, a właściwie doskonałą dezinformację i niedziałający internet. Jest o tyle bardziej wściekły ode mnie, że żąda widzenia się z jej szefem. Ja zaś cichutko wyciągam rękę po książkę skarg i zażaleń i wpisuję swoje obserwacje. Nie sądzę, żeby to coś zmieniło, ale spróbować zawsze warto. Udajemy się na stację autobusową, gdzie musimy czekać na urzędnika, który właśnie je swój obiad i przecież nie będzie tak w ważnej dla niego chwili obsługiwać klientów. A że jest to akurat w godzinach jego urzędowania – no cóóóóż, jeśli chcemy jechać, to przecież poczekamy. Kiedy wreszcie nadchodzi, zupełnie mnie ignoruje i rozmawia w najlepsze z jakimś kolesiem. Grzecznie siedzę przy jego biureczku i czekam na swoją kolej. Kiedy już łaskawie mnie zauważa, ja odwracam się do Włodka i ucinam sobie z nim krótką pogawędkę po polsku, traktując go jak powietrze. Włodek śmieje się ze mnie, że tak łatwo się złoszczę. Do Hawany nie puszczają nam żadnego filmu, ale za to rozdają po cukierku. Zupełnie przypadkowo okazuje się, że mają przystanek Havana Vieja, gdzie mamy zarezerwowany nocleg. Wysiadamy więc z autobusu i po paru minutach jesteśmy już w naszej casa particular na tyle wcześnie, że możemy jeszcze raz przejść się po Hawanie, która tak bardzo nam się podoba.