Delhi – Kathmandu (24 września 2000)

Zbliżamy się do Delhi. Przez głośniki słychać komunikat dla osób lecących tranzytem. Powinny odebrać bagaż na lotnisku w Delhi. Włodek prosi mnie, żebym sprawdziła tę informację. Moje dowiadywanie się w zasadzie niczego nie wyjaśnia, ale przynajmniej okazuje się, że jest kilka osób, które lecą do Nepalu. Hura! Nie jesteśmy sami. Zbiera się nas mała gromadka. Czekamy. Wreszcie pojawia się jakiś urzędnik, który zabiera nas gdzieś i mówi: „Wait here and relax…”. Jeszcze nie wiemy, że te słowa zostaną wypowiedziane wiele razy. Tak naprawdę tylko my przyjmujemy je ze spokojem. My mamy czas – przed nami ponad rok wakacji. Hiszpanie niepokoją się o swój bagaż, Amerykanin wścieka się, że będzie musiał spędzić dziesięć godzin na lotnisku, Włodek próbuje poruszyć niebo i ziemię, żeby dostać się do naszego bagażu, w którym jest moje lekarstwo. Patrzymy wszyscy z zazdrością na Gian Lucę, którego samolot jest o godzinę wcześniej. Ale niezbadane są wyroki boskie. Gian Luca siedzi jeszcze na lotnisku, kiedy my wsiadamy do samolotu.

Wreszcie lądujemy w Kathmandu. Spotkany po drodze Francuz proponuje, żeby jechać z nim do hotelu. Przyjmujemy jego propozycję. Po nie wiadomo ilu kontrolach i wypełnionych formularzach opuszczamy budynek lotniska. Gdyby nie to, że Włodek trzymał mnie za rękę, pewnie popędziłabym na lotnisko z powrotem. Nie wiem, jak udaje nam się przedrzeć przez tłum taksówkarzy szarpiących nas na różne strony. Pamiętam tylko plecy Serge’a, a potem taksówkę. W hotelu mam ochotę rzucić się Serge’owi na szyję. Włodek chyba też. Docieramy do pokoju i tu pierwsze targowanie. W rezultacie osiągamy cenę 8 dolarów za dzień i chyba wszyscy jesteśmy zadowoleni.

Serge proponuje, że może nas oprowadzić po mieście. On jest tu już dziesiąty raz. Po jakimś półgodzinnym spacerze rozstajemy się. Czujemy się trochę zagubieni. Nasza hotelowa mapa nie jest zbyt przydatna. Po co nam nazwy ulic, których albo nie ma, albo których nie potrafimy odczytać? Chcemy dobrnąć do Durbar Square. Trochę kręcimy się w kółko. Pytamy przechodnia. Tak, oczywiście – pokazuje ręką: prosto, a potem w lewo. Ruszamy. W ostatniej chwili Włodek, wiedziony szóstym zmysłem, skręca w prawo. Jesteśmy na Durbar Square. Przypominamy sobie zasadę podwójnego sprawdzania. Nepalczyk nigdy nie przyzna się, że nie wie. Raczej pokaże zły kierunek… Decydujemy się na kupno mapy, na której zaznaczone są ważniejsze budynki w mieście i hotele. (O.)