Pobudka 6:00 (I to się nazywają wakacje). O 7 zebranie na dachu naszego hotelu. Jeep zabiera nas na pustynię. Nas to znaczy Włodka, Toma – Belga – i mnie. W małej wiosce poznajemy naszych przewodników: Sobu i Gowindę oraz oczywiście wielbłądy. Mnie w udziale przypada olbrzymie, acz przyjaźnie do świata nastawione bydle i w dodatku całkiem bystre.
Żeby nie było wątpliwości – my nie jeździmy na wielbłądach, my na nich siedzimy. Bydlaki znają drogę na pamięć i jak mają sobie ochotę poskubać jakieś zielsko, to nie ma bata – nic nie możemy zdziałać. Oczywiście próbujemy naśladować naszych przewodników, wydając wszystkie możliwe odgłosy, jednak niewiele to pomaga. Na początku tak jestem przejęta wielbłądem, że nawet nie mam czasu rozejrzeć się dookoła.
Po dwóch godzinach jazdy przerwa na lunch. Całe szczęście, bo nogi już nas tak bolą, że trudno znaleźć jakąś wygodną pozycję.
Gowinda gotuje nasz lunch w jednym garnuszku na prymitywnym palenisku z trzech kamieni. My w tym czasie leżymy brzuchami do góry, a ja zabawiam się w angielskiego pacjenta, pisząc dla Sobu list do Niemki, która przysłała do niego pocztówkę. Sobu, który nigdy nie był dalej niż Jaisalmer, pyta się nas: „Zachodni świat jest dobry, prawda?” – i marzy sobie: „Może pojadę do Niemiec”. Cóż możemy mu na to odpowiedzieć. Milczymy grzecznie. Sobu chce o nas wiedzieć wszystko. „Jesteście żonaci, zamężni?” – pada pytanie. My potakujemy głowami. Sobu jeszcze nie ma żony, ale jego ojciec już o tym myśli i pewnie za jakieś dwa miesiące wybierze mu żonę. Sobu zobaczy ją dopiero w dniu ślubu.
Posiłek jest dla mnie zaskoczeniem. Jemy rękami. A potem siesta pod drzewem. Tom, z zawodu muzyk, ma ze sobą gitarę i przygrywa nam bardzo sympatycznie. A potem znowu na wielbłądy i jazda prawie do zmierzchu. Teraz już rozglądam się dookoła siebie. Gdzie okiem sięgnąć – spalona słońcem ziemia, gdzieniegdzie jakieś kozy i bydło żywiące się nie wiem czym. Przed nami majaczą piaszczyste wydmy. Ani śladu ludzi. Spokój. Cisza. Noc na pustyni zapada szybko. Najpierw świecą gwiazdy, a potem wschodzi księżyc. Jest pełnia. Robi się zimno.
