Thar Desert (14 listopada 2000)

Rano budzi nas Sobu, podając nam herbatę do łóżka (to znaczy śpiwora). Wysuwamy nosy ze śpiwora. Brr. Jeszcze zimno, ale już ognista kula słońca pojawia się nad widnokręgiem i z minuty na minutę robi się coraz cieplej. Wsiadamy na wielbłądy (mnie wreszcie udało się samej). Jak okiem sięgnąć – cisza i pustka.

Nagle coś przemyka w oddali. To jakieś jeleniowate stworki. Spod nóg mojego wielbłąda śmiga pustynny lis. W oddali na drzewie zauważamy pawie. Po chwili docieramy do opuszczonego miasta. Ludzie odeszli stąd ponad 500 lat temu z nieznanych powodów. Oczywiście krążą legendy, ale kto wie, ile w nich prawdy. Z miasta pozostały jeszcze zarysy domów i świątynie. Nad samym miastem góruje zrujnowany fort. Wspinamy się do niego, by podziwiać widoki. A potem znowu jazda.

Tym razem jedziemy przez kamienną pustynię – mamy wrażenie, że wszystko jest jakieś nierealne, a my sami bierzemy udział w jakimś filmie science fiction i za chwilę rozstąpi się ziemia i wyjdą z niej zakapturzone stworki. I nagle coś do nas dociera. Tak, oczywiście: Star Wars! I te ryki wielbłądów takie same jak na filmie. Noc spędzamy na piaszczystych wydmach.