Rano budzi nas Sobu, podając nam herbatę do łóżka (to znaczy śpiwora). Wysuwamy nosy ze śpiwora. Brr. Jeszcze zimno, ale już ognista kula słońca pojawia się nad widnokręgiem i z minuty na minutę robi się coraz cieplej. Wsiadamy na wielbłądy (mnie wreszcie udało się samej). Jak okiem sięgnąć – cisza i pustka.
Nagle coś przemyka w oddali. To jakieś jeleniowate stworki. Spod nóg mojego wielbłąda śmiga pustynny lis. W oddali na drzewie zauważamy pawie. Po chwili docieramy do opuszczonego miasta. Ludzie odeszli stąd ponad 500 lat temu z nieznanych powodów. Oczywiście krążą legendy, ale kto wie, ile w nich prawdy. Z miasta pozostały jeszcze zarysy domów i świątynie. Nad samym miastem góruje zrujnowany fort. Wspinamy się do niego, by podziwiać widoki. A potem znowu jazda.
Tym razem jedziemy przez kamienną pustynię – mamy wrażenie, że wszystko jest jakieś nierealne, a my sami bierzemy udział w jakimś filmie science fiction i za chwilę rozstąpi się ziemia i wyjdą z niej zakapturzone stworki. I nagle coś do nas dociera. Tak, oczywiście: Star Wars! I te ryki wielbłądów takie same jak na filmie. Noc spędzamy na piaszczystych wydmach.
