W środku nocy budzę się, czując, że coś jest nie tak. Na tle nieba majaczą potężne cielska wielbłądów, które okrążyły nasz materac. Chwila zastanowienia i już wiem, o co chodzi. Nocą położyliśmy nasz materac na ich jedzeniu, a one zrobiły się głodne. Przenosimy się w pośpiechu w inne miejsce. Do rana śpimy spokojnie.
Popijając poranną herbatę, zauważam na materacu Włodka stworzonko skorpionopodobne. Ponieważ nie znam się na skorpionach, informuję uprzejmie Włodka o jego nowym towarzyszu i na wszelki wypadek wołam Gowindę. Ten natychmiast każe Włodkowi zejść z materaca i skorpion ginie w płomieniach. Włodek jest niepocieszony. Chciał się trochę podroczyć ze skorpionkiem.
I znowu na wielbłądy. Dzisiaj pustynia wygląda bardziej jak tundra. Widzimy siedliska pasterzy, chaty ze słomy i gliny, potem zaczyna się pustynia bardziej wulkaniczna, a kilka godzin później docieramy do naszego jeepa. I całe szczęście, bo już nas przeokropnie bolą siedzenia.
