Mumbai (22 listopada 2000)

I znowu Bombaj. Teraz dla odmiany doskwiera mi żołądek. Próbuję wymiotować, ale nie przynosi to ulgi. W międzyczasie próbujemy zrealizować czek podróżny na 500 dolarów, który udało mi się wyprać razem ze spodniami Włodka. Zajmuje nam to trochę czasu i biegania, ale cała akcja kończy się szczęśliwie. Żeby wyrobić się w czasie, zapoznajemy się z taksówkami w Bombaju. Ale fajni naciągacze. Jednemu z nich, który wiezie nas dłuższą drogą i za nic nie chce się do tego przyznać, wygłaszam kazanie, że pewnego dnia przyjdzie mu zapłacić za to, że nas chciał oszukać. My nie możemy mu tego udowodnić, ale Bóg widzi wszystko. Ku naszemu zdziwieniu taksówkarz milknie i kasuje nas za krótszą trasę. Kupujemy bilety do kina i staramy się kupić bilety kolejowe na całą naszą trasę w Indiach. Włodek dokonuje cudu, dostając się do naczelnik, i bilety kupujemy bez kolejki. Ja się czuję coraz paskudniej. Żołądek dokucza mi obrzydliwie i chyba mam temperaturę. Włodek pociesza mnie, jak może, więc trochę mi lżej. Idziemy do kina. Wytrzymujemy półtorej godziny i cichutko opuszczamy kino.