Vagator – Anjuna (29 listopada 2000)

Dziś dzień zakupów. Cieszymy się bardzo, no i wreszcie po bardzo długim czasie spotykamy naszych rodaków. Wzdycham ciężko, kiedy mówią, że wczoraj skończyli kiełbasę (i to z Krakowa). Ja już mam po dziurki w nosie kuchni indyjskiej. Włodek dla odmiany za nią przepada. Dla mnie wszystko jest tak ostre, że nie czuję żadnego smaku. Po śniadaniu idziemy plażą do Anjuny. Jest to możliwe, ponieważ jest odpływ. Gorąc bije z nieba. Woda morska obmywa nam stopy, przedzieramy się przez jakieś skałki i zarośla i wreszcie Anjuna. Pchli targ rozłożył się nad brzegiem morza – setki kolorowych straganików, na których znaleźć można wszystko. Sprzedają i Hindusi, i biali. My chcemy sobie kupić jakieś letnie ubrania. Włodek targuje się z pasją. W rezultacie nasze portfele stają się chudsze, a plecaki cięższe. Do domu wracamy drogą lądową, zachodząc do kafejki internetowej, żeby sprawdzić status naszych biletów. Niestety ciągle jesteśmy na waiting liście. Wieczorem przystrojeni w nowe ciuchy idziemy na pożegnalną kolację z Goa.