Delhi – Bangkok (18 grudnia 2000)

Na lotnisku dociera do mnie, że jednak trochę się zmieniłam. Żeby było śmieszniej, stwierdzam to w toalecie na lotnisku. Pamiętam ją doskonale, kiedy lecieliśmy do Nepalu. Wchodziłam do niej na palcach, starając się nie dotknąć niczego, i uciekałam stamtąd w popłochu. Byłam przerażona. To jest toaleta na międzynarodowym lotnisku! Co będzie dalej? I proszę – trzy miesiące później wchodzę do tej samej toalety. Myślę sobie: jaka czysta, lustra nie pobite, nawet mydło w płynie, a w kabinkach papier toaletowy, no i jak czysto! W samolocie tajskich linii lotniczych z niedowierzaniem patrzę na czystą wykładzinę. Kiedy to ja po raz ostatni widziałam czystą wykładzinę? Ale mimo wszystko Indie nam się bardzo podobały, a przed nami migoczą już światła Bangkoku. Bangkok wita nas choinkami i kolędami. Klimatyzowany autobus przewozi na Khao San. Wysiadamy. Cisza. Nikt się nami nie interesuje. Stoimy z mapą i książką i nie wzbudzamy niczyjego zainteresowania. Gdzie są rikszarze i naciągacze? Ruszamy na poszukiwanie jakiegoś miejsca. Pierwsze to prawdziwa speluna, drugie całe zajęte, w trzecim zrzucamy plecaki i padamy na łóżka. Śpimy do jakiejś drugiej i ruszamy na miasto. W jakiejś restauracyjce dosiada się do mnie Żyd i zaczynamy rozmowę. Żydzi to niezwykle poinformowany naród – wiedzą wszystko i znają najtańsze miejsca w okolicy. Wyciągam z niego tyle informacji, ile tylko się da. Wieczorem, włócząc się po mieście, wpadamy na Jamesa, którego spotkaliśmy w Pushkar. Padamy sobie w ramiona. James pozostawia spotkanych Niemców, a my naszego Żydka. My, ludzie z Indii, trzymamy się razem. Rozumiemy się bez słów.